sobota, 22 października 2016

Ludzkość online.

Bo życie jest tak smutne i nudne, że produktywność i samorealizacja stają się zbyt trudne. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam być twórcza w wymiarze dziennym. Czasoumilacze-okradacze, poczucie obowiązku wobec swojej przyszłości, pojawiają się nowe cele, przyszłość przestaje świecić neonami z reklam obiecującymi jeden wymarzony przez media wizerunek życia, który jest OK i całkiem szczęśliwy.

Malowanie do którego sama trochę się zmuszam i karam jednocześnie, nie przynosi mi frajdy. Przynosi wtedy, kiedy wychodzi. Sam proces przestał być tą fajną chwilą na pomysły, zmienił się w przerośniętą dziecięcą ambicję do osiągnięcia ideału. Inaczej mam poczucie, że marnuję czas i pieniądze na farby i płótno. Rzadko kiedy tworzenie sprawia mi frajdę.
Czuję drapiące zapalenie gardła w przełyku, kiedy staram się zmusić samą siebie do artyzmu.

I czuję się winna, bo nie rozumiem co się ze mną stało.
Co zabrało ze mnie tyle... mnie.
Dawnej mnie, choć brzmi to jak wyrok. Życie 5 lat temu to historia, bajka dla mojego chrześniaka, chwila, która istnieje tylko taką, jaką pamiętają ją jej uczestnicy.

Uderza mnie to niezliczoną ilość razy. Jestem jak ten glon zrośnięty z kamieniem, o który uderzają kolejne to fale oceaniczne. Zatrzęsę się, zmoknę ale tkwię dalej. Trochę z własnej winy.




Dwutysięczny-szesnasty skopał mi tyłek.

Moralnie, światopoglądowo, emocjonalnie; i to przede wszystkim.
Czuję się jak wrak, którym zatrzęsą tylko silne czynniki zewnętrzne. Przestałam siebie słuchać. Tak bardzo chciałam 'po prostu przetrwać' kolejny dzień. Prawie nic mnie nie śmieszy, udaję śmiech w gronie moich znajomych, bo nie wyczuwam w ich słowach głębszej treści. Pozostaje dryfować, płynąć na udawanych emocjach i reakcjach jakby czekając na cud.

Kilka kolejnych rozczarowań utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że ludzkość to gatunek nie zdatny do spożycia, gorzki i podstępny. Nie ma zwierzęcia tak przesiąkniętego bezpodstawną nienawiścią do świata i własnego DNA co czlowiek.





Duszę się w tym gęstym sosie własnych przemyśleń.
W końcu jeden choć z moich notatników zbliźa się do kresu, spodziewam się że za kilka lat znów będę rwać kartki i kreślić własne zapiski z nastolęctwa, z dzikim obrzydzeniem.
Z drugiej zaś strony, jeszcze kilka lat temu byłam człowiekiem, którym chciałam pozostać. Nie spodziewałam się, że świat, jego powierzchowność i pozorna tolerancyjność, w połączeniu z ludzkim egoizmem i moją skłonnością do samo-zapaści i lenistwem, tak bardzo zniszczą mi skórę i kilka warstw pod nią. Resztki używanego do nauki mózgu pozostały, jak ruiny egipskich świątyń ku czci zapomnianych bóstw. Piękne i stateczne, a jednak resztki. Kilka własnych zębów w szczęce 90cio latka. Powód do żenującej dumy..

Boleję nad wszystkim nieomal. Gdybym mogła, spędzałabym każdy weekend w miejscach które sprawiają że skupiam się na czymś innym, nie tylko na własnej problematyce. Wtedy też odwlekam w umyśle obiecane przez lata edukacji zobowiązania.
Cała ta otoczka; sztuczność dnia codziennego, dziesiątki tępych uderzeń sumienia w tył głowy, brak sił, ale i brak chęci, powoduje że zdaję się niknąć we własnej przestrzeni. Mogłabym leżeć pół dnia i nie zauważyłabym choć promyka chęci odmiany. W ciszy, w próżni obserwowałabym jak światło sumie po ścianie coraz bardziej w górę, jak blaknie i ucieka nie wiadomo w którym momencie.

Nawet deszcz, którego szum o blachę dachu nocą tak sobie ukochałam, ucichł.
Teraz słysząc deszcz, w duszy się gotuję mając przed oczami wizję pobudki w szarość pełną kałuż, zimnych rąk i wilgotnych biletów mpk, których nie sposób włożyć do skasowania.



Starałam się słuchać rad, ale chyba nie miałam wpływu na to, że moje czoło i wszystko co pod nim dorosło. Zrobiło się zmartwione, zmęczone, zniechęcone. Marudne i markotne. Sarkastyczno-realistyczne z przebłyskami poetyckiej fantazji za co jestem wdzięczna chwilowym poprawom nastroju.

Teraz jest gorzej, ale po cichu, po tylu gorących łzach tęsknoty za światem, który znam tylko z opowiadań ludzi, a który topnieje jak szron na dachu o 5:30, mam wiarę że będzie mniej źle. Może nie lepiej, ale siła tkwi we mnie jeszcze, gdzieś głęboko. Może w thm wpisie kryje się szpadel, który mi pomoże. A może jest to kilof.
Chcę go znaleźć :)


G.



piątek, 6 maja 2016

Słone żale.

Mija pewna epoka. I już nie wróci.
Wszyscy udają jakąś twarz, jakiś styl życia, jakieś poglądy w które udają że wierzą, jakieś kompleksy które udają że mają. Udają ruchy mięśni twarzoczaszki, udają że mają porządek w swoim życiu a to jedno wielkie kłamstwo. Ale zgadzamy się na to, bo życie w iluzji uporządkowanych obłud jest wygodne i o ile nie będziemy nikomu ich wypominać, lub prać własnych wszystko będzie szło opisanym przez system ciągiem zapewniającym stabilność, ład i bezpieczeństwo.

A mnie bunt gryzie w ucho i nie jestem pewna co mam z nim zrobić.




" A jutro będzie padał deszcz,
 Opadną stokrotek płatki.
 Niebo zciemnieje o ranku,
 I łzy popłyną gorące.

 Cisowce pochylone też,
 Opadną na trumnę matki.
 Cierpnie przeplecione wiankiem,
 Czoła zniszczone, trujące.


 Pokolenie już stracone,
 Pogrzebało ojców, matki.
 Zapomniało serca swego,
 Ukryci w kolcach cisu.

 Twarze młode tak zniszczone,
 Trzęsą się lasu ostatki.
 Nie ma już dobra dobrego,
 Szczęśliwi na drzewach wiszą."

2116, 29.04.16


Odnoszę wrażenie, że wszyscy mają nieograniczone poczucie luzu, a czas ucieka.
I nikr się nie przejmuje. Jakby to wszystko miało trwać wiecznie, więc w sumie po co się starać.
Jakby nie istniało słowo konsekwencje.

A teraz ja zaczynam się bać, że mimo iż oni wszyscy nie starają się prawie wcale, to i tak ja wyląduję w najgłębszym bagnie. Bo nie spędzam wystarczająco dużo czasu na istotnych dla moich planów elementach. Bo ciągle o czymś zapominam i zajmuję się imbecylami, pustymi i nic nieomal nie wnoszącymi do mojego życia popkulturowymi bredniami.

Ech.
Czuję że świat już nigdzie nie dąży.
Jakby zapętlił się, obrócił i zaczął wirować wypadając nieomal z obręczy.
Nie ma reguł. To niby dobrze, ale nagle każdy może zrobić coś głupiego i stać się kimś bardziej popularnym niż Gandhi. Bo czemuż by nie. Świat jest wielki i nagle otworzyła się magiczna brama która pozwala nam zaglądać do cudzych żyć. Przerażające.





Ostatnie 2 lata to lata przełomowe w moim życiu. Zmieniło się prawie wszystko, weszłam w nową epokę życia. Trudną. A napewno trudniejszą.

Przestałam marzyć, dorosłam. Przestałam pisać bloga, pamiętnik, dzienniki, wiersze też - wszystko co do tej pory mnie tworzyło. Mam wrażenie że stałam się taka jak wszyscy i bardzo mi z tym źle. A  czas ucieka. Zaraz zapomnę wszystko.
 A z drugiej strony, jeśli teraz powrócę do dawnych przyzwyczajeń to zacznie się płacz, bo straciłam tyle czasu i przynajmniej rok wspomnień. Straciłam, zaprzepaściłam. Nie wróci, nie odzyskam.



Nie wiem na ile rzeczywiście daję sobie radę a na ile udaję. Czuję się dobrze i źle mi z tym, bo powinnam bardziej skupiać się na tym co ważne a nie na ciągłym odsypianiu nieprzespanych nocy.



Gdyby mądrość miała skrzydła to by nie odleciała. Bałaby się skutków, więc pozbawiła się pewnych doświadczeń. Życie to test wyboru. Idę powtórzyć wiadomości ;)

G.






sobota, 13 lutego 2016

Bitwa o natkę pietruszki.

Jest już marzec. Zdecydowałam się pozbierać.
Wszystkie te listy rzeczy, które chcę w tym roku zrobić, no i sumienie nie pozwala tak tego zostawić.

Tylko, że ciągle mi smutno, albo tracę stabilność.

Podobno jak człowiek jest inteligentny to żyje mu się dużo trudniej niż... No właśnie. Tym, mniej zatroskanym. Bo jak człowiek myśli, to myśli o wszystkim. O życiu, o sensie, o rachunku prawdopodobieństwa, o przeszłości, o tym co można było zrobić. A pod tym wszystkim, o ile jesteśmy odpowiednio wrażliwi czai się pokryty suchymi liśćmi dół.


Nikt nie wie, nie ma pewności jak głęboki.
W zeszłym roku na poważnie przestałam się śmiać z osób w depresji. Bo to żadna frajda, czy śmieszność, że ktoś przejmuje się tak bardzo, że sam nie daje sobie z tym rady.
Bo nawet nie mam 20 lat a życie już skopało mi głowę i nogi.

Pewnie byłam zbyt ostrożna, nieodpowiedzialna i pogubiona. Ale teraz już mogę tylko gdybać.





Mam wrażenie że piszę słabiej. Jakbym nie wiedziała do końca jak.
Albo bała się, że to i tak bez sensu, trochę tak jest ale z tym faktem nic nie mogę zrobić.

Dotyka mnie ból nieznanego. Chciałabym wiedzieć jak powinnam to wszystko poprowadzić, chociaż wiem że nikt tego nie wie. I ten brak poczucia sensu. Chwilami naprawdę mi się zdaje, że może plany nigdy nie wejdą w życie, a marzenia pozostaną marzeniami i dokonam życia tak jak nigdy tego nie chciałam. To mnie przeraża.
Bo śmierć zdaża się choć raz każdemu.
W wciągu ostatnich miesięcy bardzo boli.




Jutro sobota, może uda mi się coś zdziałać. 
Bo chcę. Bo jeszcze trzymam w sobie ten żarzący się okruszek nadzei na spełnienie pod każdym możliwym względem.

Jutro jest szansa. Trzeba wstać wcześnie :)

Oby wszystkim nam żyło się tak w sam raz. Niezależnie od sytuacji...


G.





poniedziałek, 11 stycznia 2016

Są takie dni, bardzo smutne od samego początku.



Był kiedyś taki człowiek, podróżnik, jakby nie stąd. Ktoś kto nas odwiedził tylko na chwilę.
Chyba był z Marsa, może z Księżyca kto wie. Napewno był to człowiek który spadł na ziemię

I teraz tylko żal. Bo nikt chyba nie widział, kiedy odszedł, że się żegnał.
Bo wracał do domu. Gdziekolwiek jest.


Do widzenia panie Bowie. Do zobaczenia wśród gwiazd. Tych prawdziwych. Które jaśnieją i w najciemniejszą noc...





G.

środa, 9 grudnia 2015

Różowe turkusowe lody.

Wszystko jest inaczej. Jakby gorzej. Nie dlatego, że szaro, wietrzyście i wszystkiego zawsze za dużo. Chociaż to także sprawia, że rano zbiera mi się na....

No tak. Życiowe nauki orzychodzą w porę albo za późno. Wszystko zależy od tego jak bardzo jesteśmy na nie otwarci. A ja ostatnio ciągle byłam zmęczona. Wszystkim. Obowiązkami, przyjemnościami, cudzymi uśmiechami, swoim uśmiechem, dniem i nocą. Nagle motto wypisane grubym złotym pisakiem tuż pod kalendarzem, przestało działać. 'Raz można'. I tak w kółko.




Ale przychodzi ten wspaniały, prawdopodobnie jeden z najlepszych pod względem efektów moment, w którym to orientujesz się, że to nie jest wcale tak że prościej jest lepiej. Że i tak wszystko wyjdzie. Prawda jest taka, że nic nie jest sprecyzowane na początku.
A wróżki z TV mieszkają w villach za więcej niż pół miliona złotych.

Oświecenie.
Temat nie tak znowu dawno przerabiany w zeszycie, dla mnie stał się faktem.

Bo czas naprawdę nie jest produkowany w Chinach. Nie jest ani z gumy, ani nie ma długiej daty przydatności do spożycia, ani tym bardziej nie śmierdzi.


I właśnie zaczynam głęboko go wdychać.








Za późno zdecydowałam, że kiedy dorosnę chcę zostać dzieckiem.
Takie decyzje powinno się podejmować z wyprzedzeniem. Nie wiedziałam.


Nie wiedziałam że i rok minie tak prędko. I już koniec grudnia i teoretycznie zimno i smutno jakoś, bo insczej. Podsumowania? Pewnie i to. Ale zbieranie papierów z podłogi jest niewygodne, bolesne dla kręgosłupa i męczące. A efekt marny. Przynajmniej jak dla mnie. Bo jak inaczej się zdołować jak nie tak

Prawda jest taka, że było źle. Nie najgorzej, ale po prostu źle. Siniaki i podpłynięte krwią strupy. Chciałabym nowego początku. Żeby to właśnie nadchodził ten rok. Może tak. Żadnych głębokich analiz, rozcinania trupa którym się czuję. Potrzeba mi nowego roku. Pełnego spokoju, planów, pomysłó. Ciszy. I może trochę wolności, takiej dorosłej, głośnej czasem, ale dającej prawo do słowa, tego bardzo bym chciała.
Tego życzę i tym, którzy pragną tego samego. I poza tym wszystkiego co najlepsze....






Zaraz Nowy Rok. Będą przemyślenia, szczypka sztuczności i pozy, talerze pełne resztek i wzdęcia gdzieś w okolicach pępka. Raz w roku należy.

Dobrych, spokojnych. I aby było zawsze lepiej 😊
G.










czwartek, 18 czerwca 2015

Kwiat nocy.

Wolność. Ten rok minął bardzo szybko. Zdecydowanie zbyt szybko,
ponieważ mam wrażenie, że umknęło mi parę rzeczy. Nie zrobiłam czegoś i teraz odczuwam jakieś dziwne poczucie utraconego czasu. Ogólnie nie uważam, żeby te 10 miesięcy było dobrych, albo złych. Było to 10 bardzo trudnych do oceny miesięcy. 
Słowo, które najlepiej je opisuje, a które jednocześnie jako jedyne przychodzi mi do głowy w tej chwili, to: DZIWNE.

Takie proste a zarazem koszmarnie skomplikowane słowo.
Dziwne.




Czuję się tak staro, że nie mam potrzeby świętowania urodzin.
Przestaję być dzieckiem. Nawet tym wewnętrznym.


I zaczynam przejmować się nadto głupotami.
Zapominam o tym co ma prawdziwie głębokie znaczenie.




Czasem mam tak ogromną potrzebę by komuś o wszystkim opowiedzieć.
O tym co mnie martwi, choć wiem że to paranoje, o tym co mnie dręczy, drażni a nie wiem dlaczego, o tym co chciałabym mieć, lub będę miała ale jeszcze w to nie wierzę...
I wtedy włącza mi się autonblokada.

STOP. To nie ma sensu. Nikt Cię nie zrozumie/mówiłaś to już tyle razy/masz jakąś nastoletnią schizę/nie masz naprawdę czym się przejmować/inni mają większe problemy etc.



To mnie uspokaja. I niszczy. Jednocześnie.






Nie chcę spać. Nie chcę spać bo się obudzę. I będę musiała znów walczyć.
I zaczynam bać się życia. Wiem, że jestem na to za młoda, ale zagrożeń jest tak wiele,
nawet tych prozaicznych, zwyczajnych, ludzkich. Boję się że nigdy naprawdę nie dorosnę.

Albo że już dorosłam, a to zdecydowanie zbyt szybko.


Jest bardzo późno. A ja mam tyle planów na najbliższe 2 miesiące.
Zrobię wszystko by ich nie zmarnować :)

Dobranoc

G.

niedziela, 7 czerwca 2015

Dziecko nocy.

Ostatnio czuję się jak dziecko nocy.
Niecierpię dnia. Może to dlatego że jest fatalnie gorąco.

Jak dla mnie zdecydowanie zbyt wcześnie na takie upały. A komercja tylko się cieszy.
Cieplutko, słonecznie, jak można lubić chłód, przecież lato/upał/pot/zawroty głowy/udary słonecznie/czerniaki są świetne ! 😠

 Nie rozumiem tego sposobu myślenia.

Co jak co ale Polska to nie Ibiza, Miami, ani inna Jamajka.
Bez przesady.




Tęsknię za czasami, kiedy wiedziałam co zrobić.
Kiedy nie przeżywałam wewnętrznego rozstroju (nie żołądka), powodowanego koniecznością wyboru, podjęcia decyzji czym powinnam się w danej chwili zająć, co powinnam zrobić żeby było jak należy, przed czym stanąć i się zastanowić, a co ominąć bez zastanowienia.

Życie kiedyś było proste.
Teraz już nie wiem czy mu podołam, czy dam radę/uniosę się ponad przyziemnymi problemami.


Jak moje istnienie będzie wyglądało za 10 lat. Czy będę innym człowiekiem?






Mięta pachnie chłodem.
Kołysze zastępy wody.

Kartki uciekają same.
I toną w odmętach pustki.

Dzieci zbierają pomidory.
W oddali słońce idzie spać.


7.06.15




 Nie mam zielonego pojęcia jak zakończy się ten miesiąc.
Czy będę szczęśliwa czy załamana, czy wściekła czy obrażona, może nawet dumna.

Nie wiem.


I boję się tego.



Noewiedza odnosząca się do własnej egzystencji jest niepokojąca,
Ale muszę z nią jeszcze chwilę pożyć.

Byle do ostatniego piątkowego wieczora 😉
G.







niedziela, 10 maja 2015

Deklaracje.

Chciałabym wszystko zrobić dobrze. Tylko, że tak się po prostu nie da.

Jestem bezradna/czuję się bezradna choć świat jest przecież w moich rękach.
Ja mam wladzę i panowanie nad swoim życiem. Nad tym co zrobię, zobaczę, czego dotknę, kiedy to zrobię, dla kogo, dlaczego.

I coś odbiera mi tę władzę.
Jakbym trupio blada leżała cały dzień na podłodze na wprost wielkiego okna przez ktore widać wszystko o czym kiedykolwiek myślałam. I leżę. A słońce zatrważająco szybko zmienia układ cieni wokół mnie, bo mijają godziny. Mija dzień. 

Nie mogę się usprawiedliwiać, ale cały czas to robię.
Nie mogę spać, nie mogę pisać, nie mogę robić tego czego bym pragnęła.
Coś mnie dusi.
Odciąga.



I zabiera energię do życia. Wróć, zabiera energię do zwykłej egzystencji.
Do trwania.








Czy można 3 krotnie przedłużyć sobie weekend majowy?
Można.

Wystarczy tak jak ja, zmarznąć na wieczornym grillu za miastem.
I przez kolejny tydzień siedzieć w domu. Z pudłem chusteczek i domowym syropem na gardło, o konsystencji krystalizującego się miodu.

Lubię siedzieć w domu.
Tylko , że po jakimś czasie to powszednieje i nie chce aż się człowiekowi wrócić do rzeczywistości.



To znaczy jest jeszcze druga opcja, tylko, że wtedy po takim siedzeniu już nie możesz dłużej usiedzieć na zadzie i aż Cię świerzbi, żeby coś zdziałać. Tęsknisz za pełnym zdarzeń życiem.
Ja stoję gdzieś pomiędzy.


I martwię się, że chyba powinnam być bardziej zdeklarowana.












Dziś teoretycznie mamy tu w Polsce wybory na prezydenta.

Miło jest przez niecałe 2 dni cieszyć się polityczną ciszą.
Nagle robi się tak cudownie spokojnie.


Chyba będę za tym tęsknić.



Rośnie nam pokolenie bezpłciowych politycznie. Mówię tu o tych, którzy unikają wszelkich deklaracji.
Ja też. Nie lubię tego szczekania. Propozycje padają jak chleb bez masła. Ok, potrzebne, mawet czasem ciekawe, ale bez pokrycia.

Jestem łatwowierna, ale komu jak komu, ale ludziom znad Wiejskiej nie ufam.
I tego się będę trzymać.


Wy też sie trzymajcie.
Gdziekolwiek jesteście.
Za biurkiem, na fotelu, krześle, na wyborach.

Do następnego razu ;)

G.






środa, 29 kwietnia 2015

Mentalny kac.

Czasami czuję się jakbym nie spełniała standardów. Jak te jabłka, które odpadają przy castingu do reklam McDonalds. Nieforemna, niewymiarowa, nie zgodna z normami. Zbyt niepospolita w swej normalności.

Jeden z 5 ogryzków w śmietniku pełnym jednorazowych kubków po kawie.






Wpadam w jakiś dziwny nastrój.
Coś pomiędzy depresją a taką idiotyczną, niezrozumiałą biernością.
Może to wina umysłowego przeciążenia, stresu. Ale czuję się jakby ktoś mnie wypłukał z sensu.

Dziękuję za dni wolne w maju, bo strasznie ich potrzebuję.
I napewno nie ja jedyna.



Mentalny kac to chyba już zjawisko globalne.
Nie lepszy niż kac alkoholowy, zabija świadomość. Chociaż w sumie..... Alkohol chyba działa tak samo.
Nie potrafiłam powstrzymać śmiechu, gdy w niedzielę ok. południa moją uwagę zwrócił samotny, śpiewak kaznodzieja, powracający najwyraźniej z meczu (czyt. derbów), będąc ewidentnie pod wpływem... emocji, bo chwiejąc się na boki, głośno wyśpiewywał 'patriotyczne' pieśni.

Ludzie się odwracają, a on idzie dalej okraszając swoje patriotyczne kazanie elementami niecenzuralnymi.







Chyba nie mam siły pisać więcej dzisiaj.
To jest właśnie ten mentalny kac.

Nic więcej.

G.





czwartek, 23 kwietnia 2015

Nie wiem co napisać.

I to jest chyba mój problem. Tylko, że na to nie ma żadnej refundacji z Ministerstwa Zdrowia. I nikt tego nie leczy. Niby to nie choroba, ale czuję się jakbym miała całoroczną grypę.

Z tym się trzeba uporać samodzielnie.
I to boli.



Dlaczego przestałam pisać?
Nie znajdowałam efektu, z braku czasu, braku weny... Do wyboru do koloru.
Społeczeństwo i tak mnie oceni. Ale zmieniłam się trochę. Znowu.
Zaczynam być tym samym zakopleksionym dzieckiem, którym byłam pod koniec podstawówki.
Zaczepęłam znowu grać, walczyć o swoje pięć minut kosztem własnego samorozwoju.
Chciałam coś znaczyć.

Ale co z tego, kiedy teraz czuję się tylko gorzej.
Z samą sobą. Ze swoim sumieniem. Z rzeczami które przeciekły i przeciekają mi przez palce na własne życzenie.




Czuję się teraz jak na spowiedzi.

Tyle chociaż, że nie muszę na nic przytakiwać i gapić się jak znudzony siedmiolatek w słoje na drewnianym konfesjonale.









Już prawie rok jak mnie tu nie było.

W między czasie zdążyłam zostać chrzestną, poznać nowe osoby, które zmieniły co nieco w moim życiu, przypomieć sobie o swojej platonicznej miłości, zacząć z powrotem pisać i znów przestać, rozpocząć próby gry na pękniętej gitarze ( klasycznej, co sprawia mi straszny ból, bo nigdy nie chciałam grać na klasyku/akustyku ), zamknąć się w sobie, zawalić kilka spraw.

A to i tak nie wszystko. Problem w tym, że gdy sprawy się dokonały postanowiłam o nich zapomnieć.


Może nawet lepiej.
Tylko coś czuję, że będą mi się w przyszłości odbijać paskudną, gorzką czkawką.






Głogowiec oplata mą twarz,
tasiemką owija me myśli.
Gdzie jestem teraz?
Czuwam, śnię, marzę.

Poświęcam chwilę na krajobraz,
i wracam.
Do rozrachunku i życia,
i cierpię katusze.

Samotwórcze problemy,
tanczą we mnie przez noc.
Jest mi gorzko, słono, słodko.
Jest źle.

Pragnienie piękna,
oszukane szczęście.
Zasłaniam okno,
idzie noc.

22.01.15




Na tablicy pod planem lekcji i kalendarzem napisałam ostatnio :
Zielona herbata, proste plecy, wdechy i wydechy. Czas zmarnowany nigdy nie powróci. 

To jest chyba właśnie to.
Co prawda, mój najdroższy braciszek kiedy to zobaczył był przerażony,
Ale czy nie o to właśnie chodzi?

Carpe diem.

Nie ma co marnować życia. I choć wiele rzeczy nadal marnuje mój czas, to zamierzam to zmienić. Małymi krokami, ale próbuję. Walczę. O siebie i świat o którym marzyłam.
Niech to będzie taki nowy początek.


Mam nadzieję, że ktokolwiek to przeczyta.
A jeśli nie to trudno ;)


Pozdrawiam,
G.



sobota, 16 sierpnia 2014

Kapusta chińska.

Byłam niemal pewna, że nie zaglądałam tu co najmniej miesiąc.

To nieprzyjemne uczucie, kiedy masz wrażenie że coś zaniedbujesz.
Szczególnie, jeśli na ogół poświęcasz temu całkiem sporo czasu.


A  tu od ostatniego postu tyle zmian.
Zostały dwa tygodnie luzu.
I znów będę musiała się przestawiać na inny tryb. Bardziej ekonomiczny,
trudniejszy do ogarnięcia i pełen zajęć w jednym. Uff... 

Ale zanim, muszę uporządkować sprawy dnia dzisiejszego. I te z ostatnich 2 tygodni.








Uwierzcie mi, że jeśli ktoś długo nic nie mówi, lub ewentualnie pisze,
to znaczy że jest czymś zajęty do reszty.



Ze mną było prawie podobnie,
ponieważ zawsze coś się działo i nawet jeśli miałam czas aby poświęcić te kilka godzin kolejnemu wpisowi, to było coś do roboty, albo stwierdziłam, że 'napiszę jutro'.
Otórz to 'jutro' nadeszło dopiero dziś, właśnie dlatego, że lubię pewne sprawy odkładać na potem, co jak wiemy z własnych osobistych doświadczeń, zazwyczaj nie skutkuje najlepiej.


Tymczasem w moim przypadku podziałało to jak rodzaj terapii
i dziś piszę z nową energią, nie takimi nowymi palcami, ale z nową czystą-lecz nie pustą głową.



I uwierzcie mi, że napisanie całego tego akapitu (tu jeden akapit to od jednej przerwy fotograficzno-gif'owej do drugiej) zajęło mi duuuużo mniej niż zwykle.






W każdym razie...


Początek sierpnia oznaczał targi.
Było jak zwykle głośno, nieco przaśnie, co ciekawe mniej tłoczno niż zazwyczaj,
ale nastrój pozostał mimo to. Jak co roku odłożone pieniądze przeznaczyłam na zakupy
właśnie na targach, ponieważ to że na targach w tle słychać skoczne, wiejskie melodie nie oznacza, że ceny też jak za wiejskie wyroby.


Udało mi się wyłowić masę rzemyków (jeden z takich rzemyków noszę przez przerwy od roku), genialne szklane koraliki, pół kilograma oregano z myślą o mojej rodzicielce, oraz 3 wersje cebulek tulipanów - granatowe i czarne, oraz odmiana pełna, w kolorze fioletowym dla Babci i ponownie dla rodzicielki, stara przypinka z Coca Coli, zakupiona na stoisku ze starociami (wbrew pozorom starocie nie takie tanie), do tego kolczyki z opalem, podwójny los za 5 złotego a w nim naszyjnik i kolczyki. Jeszcze coś tam było, ale teraz ciężko sobie przypomnieć. W każdym razie było na bogato.

W między czasie odkryłam kolejną mydlarnię w mieście.
Ceny co prawda wysokie, ale dalej mnie tam ciągnie i prędzej czy później z pewnością tam wrócę, bo nie mogę się oprzeć zapachom które krążą po tym sklepie.








Upał, wypady na miasto, kawiarnie, ciuchland'y,
mnóstwo rozmów, nieprzespane noce, wszystko to powtarzało się w kółko i w kółko.
Jakbym miała przestój, albo jakbym oglądała kolejny raz ten sam genialny film.

Było fajnie, mimo że każdy dzień był podobny.



Miałam mnóstwo pomysłów, a wtedy gdzieś tam wkradał się cudzy pomysł i miałam przez to do wszystkich pretensje. O głupoty. Mam taki charakter, którego sama niecierpię i gdybym była kimś innym, nie chciałabym żyć z samą sobą, taką jaką jestem teraz. Chyba.

Trochę to zagmatwane, ale głównie chodzi o to, że ten czas był
przewiercony, przez moje własne prywatne korniki. Takie gorzkie, paskudne i wredne korniki.




Zmiany zaczęły stopniowo się pojawiać, gdy uświadomiłam sobie że odbębniłam już ponad połowę wakacji, a czasu jest mało. Głowa ciąży mi do teraz od pomysłów, z których zrealizuję pewnie 1/8, co raczej nie nastraja pozytywnie.





" Letni żurek, gęsty jak asfalt,
godzina 10 rano.

Liście bzu telepią się, jak kurze
szyjki w południe,

Słońce jak lawą, pokrywa ludzi,
kapelusz zapada się sam.

Dzieci czekają na noc, niezbędną
by mogły się bawić.

Dąb stary, ociera pot z czoła domu,
a inni żałują, że dębu nie mają. "


Żar, 4.08.14



(zdjęcie autorstwa Dudiego Bena Simona)







Iga i Filip w Bieszczadach, ja tutaj dochodzę do siebie po ostatnim tygodniu, w którym to przyjechał na ulotny momen wakacji, mój własny prywatny Ojciec.

Chwila tu, zwiedzanie gdzie indziej. I tak udało nam się odwiedzić - uwaga, będzie bardzo po polsku - ĆMIELÓW, KRZYŻTOPÓR w Ujeździe, oraz pojechaliśmy do KRZEMIONEK, ale muzeum było już zamknięte.  Było i staro, ale statecznie, oraz krucho i pięknie.

Staro, bo zamek, a statecznie bo ruiny z 17 wieku.
Krucho, bo porcelana i pięknie, bo... też porcelana.

Ogółem mówiąc, warto było.






Wczoraj urodził się 2 z moich kuzynów.
Vincent.


(Pierwsze dwa skojarzenia - Vincent Van Gogh, co chyba w mojej plastycznej rodzinie jest oczywiste, oraz specyficzny Vincent Gallo.)

W rodzinie wielka radość, informacja rozniosła się błyskawicznie siecią telekomunikacyjną.
Cóż, pewne osoby są w tej dziedzinie mistrzami, ale nie będę wymieniała nazwisk ;)




W każdym razie, chciałabym tylko życzyć, mojemu małemu kuzynowi,
którego piękną mamą jest moja matka chrzestna, długiego, spokojnego życia,
oraz tego by mógł przeżyć je w sposób taki, jaki sobie marzy.

Bo każdy chciałby tak żyć :)







Robin Williams, też pewnie chciał żyć tak jak marzył.
Ale życie jest trudne.

I nie zawsze łatwo jest nam przebrnąć przez trudności,
a wtedy naprawdę ciężko jest się nie poddać.

Życzę jemu również, aby teraz mógł w końcu odetchnąć spokojnie. Bo tak jak on sam sprawiał, że ludzie i w trudnościach potrafili się uśmiechnąć, czas by i on mógł odpocząć.


Spoczywaj w pokoju.






Czas kończyć i to.

Mam nadzieję, że kolejny wpis nie będzie poprzedzany, tak długim tłumaczeniem,
bo nie będę musiała tyle zwlekać ;)


Na koniec Warpaint.
Dziewczyny, które odkryłam jakiś czas temu, ale dziś dopiero poznałam ich muzykę.
Oto one :




Do kolejnego wpisu, życząc porządnej końcówki wakacji, dla tych którzy je mają ;)

Grażka



p.s: Ach! Przekazuję też życzenia zdrowia, dla kontuzjowanego Nathan'a Followill'a.
Trasa czeka ;)